O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna? O smagłym kochanku, pełnym kufrze i złotych bransoletach. I wszystkiego tego Omanka może się spodziewać po ślubie. Oczywiście zgodnie w islamską tradycją powinna zachować czystość, żeby młody małżonek miał poczucie, że pieniądze i złoto, które wyłożył, czyli tak zwany majar, z nakazu sułtana nie mniejszy niż równowartość piętnastu tysięcy złotych, zostały dobrze wydane. Tylko dziewica jest w cenie, tylko ją nazywać będą w ten szczególny dzień arusa, czyli lalka, bo jak porcelanowa lalka jest piękna, krucha i cenna. Na kilka dni przed ślubem Omanki poddają więc się peelingom całego ciała, depilują wszystko co się da, a ciało ich namaszczane jest olejkiem sandałowym. W tym czasie oblubieniec szykuje pięknie haftowane stroje, perfumy, biżuterię. Podarki są liczne, ale noce poślubne bywają ponoć brutalne. Nierzadko panna młoda nad ranem ląduje na oddziale ginekologicznym. Dr Pritima, ginekolog, Egipcjanka od dziesięciu lat w Omanie, nie chce rozmawiać o tym otwarcie, ale wyrywa jej się przy wypisywaniu recepty:
- Jak się trzeba to się szyje te dziewczyny. Ja nie wiem co i jak im robią. Nie ma na to prawa, nie ma komu zgłosić. I nich pani nie myśli, że to chodzi o wieśniaków. Najlepsze kabile, ślub w hotelu Shangree – La, a potem…
No tak, ale wesela są wystawne, także te wiejskie. Nawet w Tiwi, maleńkiej nadmorskiej wiosce. Ahmed, pan młody, dwudziestosześcioletni mechanik, pokazał nam zaścielone złotą kołdrą łoże, które czekało na młodą parę i jej poślubną rozkosz. Przypomina katafatlk - wielkie, drewniane, rzeźbione w wyszukane wzory. Ahmed i jego narzeczona, oboje drobnej postury, utoną w tym przepastnym łożu. Ale idźmy dalej. W szafie ręcznie wyszywane złotą nitką suknie, na komodzie kryształowe flakony perfum. A omańskie perfumy marki Amouage, wyrabiane z olejków z kory drzew bosweliowych, są jedne z najdroższych na świecie. 50 ml. flakon kosztuje przynajmniej dwieście pięćdziesiąt dolarów. Ciężkie, duszące, o zapachu kadzidła starcząją na lata.
Ahmed, pan młody, w odświętnym muzzarze z frędzlami prezentuje się okazale. Jako że my – biali jesteśmy szczególnymi gośćmi na omańskiej wsi, podano nam tradycyjną weselną potrawę, która nazywa się orsija. Jest to najwyższej klasy paskudztwo: rozgotowany na maź ryż z równie rozgotowanym mięsem z kozy. Wszystko koloru szaroburego o konsystencji kaszy manny wymieszanej z galaretą. Na zimno. Jedna łyżka. Do tego, już trochę mniej tradycyjnie, fanta. Ledwo zmuszamy się do przełknięcia, ale co robić. Popijam rozgazowaną fantą i uśmiecham się do czterech dziewczynek, które mnie obsiadły i bawią się moim zegarkiem.
Po tym wykwintnym posiłku zjedzonym z emaliowanej michy postawionej wprost na dywanie, kobiety udają się do osobnej części domu, a mężczyźni zaczynają tańczyć na dziedzińcu. My, cztery Europejki udające cztery żony polskiego inżyniera Andrzeja, siedząc w babińcu podziwiamy tradycyjne omańskie stroje: zwężane ku dołowi haftowane pumpy, na górze luźna tunika i chusta do ziemi. Wszystko niezwykle barwne, wyszywane kamieniami i złotą nitką. Aż trudno uwierzyć, że wielkomiejskie Omanki przedkładają nad ten piękny strój ponure, czarne abaje. Mężczyźni nie są odświętnie ubrani, oprócz pana młodego, który w kolorowym muzzarze przechadza się z tradycyjną cieniutką laseczką. Cała zabawa polega na graniu na bębnach i niemrawym podrygiwani na podwórku, które jest po prostu klepiskiem. Co za kontrast ze złotym łożem w środku domu. Podrygują wyłącznie mężczyźni, kobiety jedynie obserwują, jeśli nie liczyć dwóch wynajętych tancerek, które za sto riali nieśmiało poruszają biodrami, od stóp do głów - łącznie z twarzą - zakryte na czarno. Samych zaślubin nie dano nam było oglądać, mają mieć miejsce następnego dnia. Dziwne to trochę dla nas: najpierw weselisko, potem ślub. Zresztą sam ślub odbywa się bez zbędnych ceregieli – pan młody kładzie pannie młodej rękę na głowę tym samym biorąc ją w posiadanie. Prosto, szybko i sprawnie. Popije się fantą i gotowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz